8 grzechów polskiej kadry, czyli czy da się obronić Kruczka?

T

Poniższe słowa piszę dnia trzydziestego stycznia dwa tysiące szesnastego roku. Datę podaję dlatego, że nie wiem, jak w przyszłości potoczą się losy polskich skoków, swoją opinię mogę wysnuć tylko na podstawie miejsca w którym są one teraz.
Czy gdzieś średnio około 27 miejsca w każdym kolejnym konkursie PŚ. A co to ma wspólnego z Kruczkiem i czy można go obronić?



NIGDY NIE OGLĄDAŁEM GWIEZDNYCH WOJEN



W sumie ten post mógłby się zakończyć na samym tytule. Mógłby, gdybyśmy żyli w normalnym społeczeństwie.

Is anybody there?

Nienawidzę postów rozpoczynających cokolwiek.
Wiecie, takie "Jestem Ania i od dziś będę pisała bloga". W moim przypadku jest to sytuacja jeszcze bardziej kuriozalna, bo zakrawająca na spotkanie w klubie Anonimowych Alkoholików.

Cześć, jestem Rojó i ostatniego posta napisałem w lutym 2014.
Praktycznie kurde dwa lata temu.

Nie miała baba problemu - kupiła se samochód.


Pamiętacie moje perypetie drogowe - kilka postów poświęconych mym usilnym staraniom, by wyjaśnić całemu wszechświatowi i okolicom, że danie mi pod kontrole ponad tony rozpędzonej masy to nie jest najinteligentniejszy pomysł, na jaki wpadła ludzkość?
Nie wiem konkretnie, gdzie na skali głupoty bym go umieścił, ale pewnie znalazłby się pomiędzy piwem bezalkoholowym a dubstepem, który jest regularnie grany przez mojego sąsiada z rana. Wiertarką.

Postów było mało, bo im dłużej się w to bawiłem, tym bardziej zauważałem, jak bardzo moje założenia, dotyczące całej tej kołomyi z prawem jazdy były błędne. Myślałem, że będzie to pewnego rodzaju osobista przygoda, przeżycie którym będę się dzielił z wami i będzie mi to sprawiało frajdę. Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam, jeżeli kiedykolwiek przyjdzie wam do głowy zdawać prawo jazdy, nigdy, ale to przenigdy nie zakładajcie w tym elementu frajdy. W zdawaniu prawa jazdy jest tyle radości, co w studiowaniu. Człowiek nie wie, po co to zaczął, czemu to robi, wkurwia to go na każdym możliwym kroku, ale jak już się zaczęło, to wypada skończyć, co nie?

Tak. Do egzaminu praktycznego podchodziłem 5 razy. Tylu razy, ile ja wtedy zwątpiłem w siebie, to chyba nigdy nie powtórzę. To była jedna wielka ścieżka frustracji z naprzemiennym stresem. Czekając na wychrypienie mojego nazwiska przez megafon w salce dla kandydatów na kierowców straciłem prawdopodobnie połowę tego, co kiedyś było moją bujną czupryną. Ostatni raz miał być ostatecznie ostatecznym, miałem się poddać, jeżeli się nie uda. No i jakby, kiedy już byłem na to całkowicie przygotowany - pach, zadziałała pochwała niekonsekwencji i na mojej karcie egzaminacyjnej jakimś cudem pojawiła się ocena pozytywna. To jest jakiś wyższy rodzaj magii, obiecuję, że kiedyś rozgryzę, jak to działa.
Na razie jednak skupmy się na tym co jest - po miesiącu i kilku kursach do urzędu - pach. Prostokątny kartonik pożądania, zwany przez niektórych prawem jazdy, znalazł się w mojej kieszeni.

No i skoro już przebyłem tak długą drogę, to czemu się zatrzymywać? Naturalną kontynuacją całego tego procesu jest kupno pierwszego samochodu - oczywiście głównie z funduszu "moi rodzice dzieciom". Nie ukrywam, że to właśnie rodzice nakłonili mnie do zdawania "prawka" jak i do tego, by w ekspresowym tempie nabyć auto. Mówię ekspresowym, ponieważ zarówno ja i jak i mój ojciec tak mamy, że nie lubimy się rozwodzić nad tematem - pojechaliśmy, byliśmy chyba w trzech komisach z autkami używanymi, szybka decyzja i na parkingu przed blokiem już jest o jedno miejsce mniej.

I wiecie co? Mam świadomość, że tym zdaniem odkryję Amerykę, ale zupełnie inaczej jeździ się tzw. "L"-ką niż samochodem, który w miarę można uznać za swój. I nie chodzi tu wcale o to, że samochód do nauki jazdy ma moc zdechłej myszy, a wewnątrz jest komfortowy niczym grobowiec. Nie chodzi tu też o poczucie odpowiedzialności, o to, że nikt za ciebie nie zahamuje w niebezpiecznej sytuacji. Tu chodzi o pewne poczucie nieskrępowanej swobody. O to, że jadąc samochodem, szczególnie sam, jesteś tylko ty i droga. Nic więcej. Samochód to przestrzeń, która z niepojętych dla mnie względów potrafi stać się bardzo osobista. Nie ma w niej nic niezwykłego, ale nikt nie zaprzeczy, że facet (nie wiem, co odczuwa płeć piękna w tym względzie) potrafi się do swojego wrum-wrumora przywiązać. I to jest chyba jedyna logiczna i racjonalna przyczyna, dlaczego jeszcze chce mu się go naprawiać.

Serio. W samochodzie działa bardzo zaawansowana wersja prawa Murphiego, która głosi, że "jeżeli coś może się zepsuć, to na pewno się zepsuje". Jest ona tak zaawansowana z tego względu, że w samochodzie zepsuć może się kompletnie wszystko.

I tu nie chodzi o to, że samochody używane są wadliwe - po prostu tak już jest, że nie istnieje taki okres użytkowania samochodu, w którym wszystko działa w nim poprawnie. Zawsze, ale to zawsze coś zwyczajnie nie działa, jest zepsute, lub po prostu odpadło. Samochód pod tym względem przypomina mocno upośledzone dziecko, o które należy dbać, trzeba je kochać, ale nie wolno wymagać od niego, żeby choć przez chwilę było z nim wszystko w porządku. Jeżeli wydaje się wam, że wszystko jest dobrze z waszą bryką to uświadomcie sobie, że właśnie w tej chwili przepaliła się wam lampka od światła stopu, pasek od alternatora zaczyna wydawać niepokojące świsty o zmiennej tonacji gwizdania, a dźwignia zmiany biegów pływa jak gdyby tuleje lewarka były zrobione z budyniu.

Waniliowego.

Usterki samochodu to większości pierdoły, które nie wpływają aż tak bardzo na komfort jazdy, ale na przykład świszczący pasek może spowodować, że waszemu alternatorowi tak średnio będzie chciało się ruszyć dupę do roboty, co przy obecnej pogodzie milion-krotnie zwiększa szanse na to, że wasz akumulator stwierdzi rano "sorry, taki mamy klimat". Dlatego w tym momencie cholernie zazdroszczę osobom, które się tym interesują.

Ja niestety dzieckiem będąc temat motoryzacji olałem, i chcąc nie chcąc należę do tej grupy społecznej, która przychodzi do mechanika ze smutnym wyrazem twarzy, mówiąc: "Panie Mieciu, znów coś stuka...", po czym zostawia tam auto, kluczyki i dowód rejestracyjny z nadzieją, że "to już ostatni raz" i od teraz nic już się psuć nie ma prawa.
Po czym za miesiąc znów coś stuka, z tym, że w zupełnie innym miejscu tego pieprzonego samochodu. 

Tak więc, dochodząc do wniosku, że mechanik samochodowy to jednak zawód zaufania społecznego, zostawiam was tutaj i lecę do pana Miecia, po mój samochód. Chyba zacznę prowadzić loterię z nagrodami pod tytułem "co zepsuje się następne" w której będzie można typować 6 z puli 49 części które mogą się zepsuć. Dla zwycięzcy miesięczny karnet na stację diagnostyczne :)

Bywajcie :)

LoL na Olimpiadzie - czemu nie?

Jak pewnie część z was wie - nie jestem specjalnie zapalonym kibicem sportów wszelakich. Stronię raczej od piłki nożnej, siatkówki, po prostu nie widzę jakiejś sensacyjnej przyjemności w oglądaniu tego - zdarza się. Jak wielu ludzi, mam jednak swój wyjątek od reguły, ponieważ jest jedna dyscyplina sportu która fascynowała mnie odkąd pamiętałem - mowa oczywiście o skokach narciarskich. Nie jestem w stanie wyliczyć, ile zawodów obejrzałem, ile emocji przeżyłem przed ekranem telewizora, niestety jeszcze nie spełniłem swojego marzenia z dzieciństwa i nie pojechałem na zawody do Zakopanego. Jeszcze.

Do czego zmierzam? Ano do tego, że, jak pewnie wielu z czytających to, oglądam transmisję z Zimowych Igrzysk Olimpijskich. I nachodzi mnie pewna refleksja - na jakiej zasadzie pewnego rodzaju konkurencje pojawiają się i znikają z harmonogramu zawodów? Bo przecież, jak wiemy - nic nie jest stałe, pojawiają się coraz to nowe sporty, stare zostają zapomniane. I tak na przykład w planie obecnych igrzysk znalazło się coś takiego jak snowboard "slopestyle" oraz... łyżwiarstwo figurowe. O ile to pierwsze jeszcze można podciągnąć pod konkurencję sportową, to jak długo będę żył to jazda figurowa na lodzie zawsze dużo bardziej będzie mi się kojarzyć z baletem niż z rywalizacją czysto sportową. Trzeba iść jednak z duchem czasu, nie zostawać w tyle, wiemy przecież że w historii pojawiały się takie dyscypliny jak na przykład strzelanie do gołębi i nikt nie robił z tego powodu problemów (chyba, że gołębie miałyby coś do powiedzenia). Kryterium, jakie widocznie przyjęli organizatorzy jest zarówno popularność, jak i widowiskowość danej konkurencji, co w świecie nieustannej walki o uwagę odbiorcy nie dziwi mnie ani trochę.
Postanowiłem trochę puścić wodze fantazji, pomyślałem trochę i zacząłem się zastanawiać, co jeszcze może się znaleźć na liście dyscyplin olimpijskich, która to lista, jak się okazuje, potrafi być bardzo plastyczna. Praktycznie od razu przyszły mi do głowy "e-sporty", w których prym na świecie wiedzie "League of Legends". Wierzcie, lub nie, ale w Stanach Zjednoczonych drużyny, które zajmują wysokie lokaty w zawodach w tę właśnie grę otrzymały status oficjalnych drużyn sportowych, a stąd już tylko krok do utworzenia reprezentacji. Moja styczność z LoL'em jest znikoma, aczkolwiek rozegrałem kilka meczy (3 konkretnie, z czego 2 wygrane - nikogo nie zabiłem, taki ze mnie pacyfista) jednak dzięki moim znajomym jestem praktycznie na bieżąco, jeżeli chodzi o nowości ze światka.

I teraz powstaje zasadnicze pytanie - czy jeżeli e-sporty będą się rozwijać w takim tempie, jak dotychczas, to czy nie zaczną rywalizować z tradycyjnymi sportami, których miejsce na olimpiadzie, jak się okazało całkiem niedawno, kiedy padł pomysł usunięcia z planu letnich igrzysk zapasów, wcale nie jest takie pewne. Myślę, że jeżeli chodzi o widownie, to będzie ona duża, chociażby z racji tego, że były to ewenement. Tak jak łyżwiarstwo figurowe i wspomniany snowboard. Nie widzę więc przeszkód, żeby na kolejnych igrzyskach nie zrobić zawodów w  LoL'a
Powstaje pytanie - czy gdzieś po drodze nie zgubiła się idea, dla której ludzie od wieków uprawiali sport?  Citius, Altius, Fortius. Szybciej, Wyżej, Silniej. A może to tylko znowu ja narzekam.
Bywajcie.

Recenzja Hunter - Imperium

Moja nieobecność w sieci spowodowała, iż nawarstwiło się tematów, szczególnie w kwestii nowych wydawnictw muzycznych, dlatego pozwolę sobie na opisanie tylko tych dla mnie najistotniejszych, a do takich zdecydowanie zalicza się najnowszy krążek "szczytnej kapeli" czyli Hunter'a - chyba mojego ulubionego polskiego zespołu (o tę nominację biją się jeszcze Perfect, Monstrum, Made of Hate i mało komu znany, choć już nieistniejący, Silver Samurai). Jak pewnie już wiecie, moja dewiza w kwestii jakości danej grupy jest prosta: "jesteś tak dobry jak twoja ostatnia płyta". Dlatego też mogę śmiało stwierdzić że kapela Drak'a broni się na razie na tym miejscu ostatkiem sił.


"10 mniej", czyli na jakiej zasadzie działa selekcja naturalna.


Ten obrazek widział już chyba każdy, ponieważ ta akcja wciskana jest dosłownie gdzie się da. W skrócie - jest to najbardziej idiotyczna kampania społeczna promująca bezpieczeństwo na drogach jaką widziałem w swoim życiu.

Książkowi fetyszyści.

Jak pewnie wiecie, dosyć często poruszam się środkami komunikacji zbiorowej. Taki styl przeprawiania się z punktu "A" do "B" warunkuje to, iż sporo czasu spędzam w otoczeniu innych ludzi. Jedni stoją, inni siedzą, część z nich rozmawia, ale większość jest zajęta swoimi sprawami. Znikomy procent czyta. I o tych ostatnich chciałbym z wami dziś porozmawiać.


Czy w każdym z nas drzemie morderca?

Naszła mnie ostatnio bardzo dziwna refleksja, która chodzi za mną dzień w dzień i nie jestem w stanie się od niej odgonić. Obraca się ona dookoła jednego, zasadniczego pytania: "Co właściwie powstrzymuje ludzi przed wyrządzaniem innym zła?" Niby jest to banał i teoretycznie odpowiedź może być bardzo prosta, ale to, co zaraz napiszę może niektórych zszokować. Tak naprawdę ty, ja, twój najlepszy przyjaciel, a nawet twoja dziewczyna nie miała by żadnych oporów, żeby zamordować człowieka.


Recenzja filmu: "Wałęsa. Człowiek z nadziei"

Poszedłem na ten film z mieszanymi odczuciami. Właściwie to nawet nie miałem zamiaru na niego iść. Cały cyrk polegał na tym, że rodzicielstwo moje zaproponowało pierwszą od lat wspólna wycieczkę do kina, więc jakby w obowiązku przykładnego syna było zgodzenie się. Przynajmniej raz byłem w kinie za darmo.


Co użytkownicy Apple mogą sobie wsadzić?

To tylko kolejny post o muzyce. przeglądaj internet dalej.


Rowerem po Warszawie?

Chyba kpicie.